Get Adobe Flash player

Wspomnienia dyrektora Zbigniewa Szeptyckiego

    "Szedłem do "Wyspiańskiego" bez euforii, choć był to awans. Zostawiałem szkołę, którą budowałem od fundamentów. Sam kompletowałem zespół nauczycieli. Chcieliśmy pokazać na co nas stać. Jednak los (czyli nadzór oświatowy) chciał inaczej. Powędrowałem na Międzyborską. Dzisiaj nie żałuję. Spotkałem ludzi bardzo różnych jeśli chodzi o poglądy polityczne i społeczne, demonstrujących tę swoją różność w sposób możliwy w owym czasie. Pracować z takimi nie łatwo, ale ciekawie. Łączyło nas natomiast jedno, nam się 'chciało chcieć' i to nasze chciejstwo realizowaliśmy. Przeprowadziliśmy szczęśliwie społeczność szkoły przez wydarzenia burzliwego roku 1968 i trudnych lat 1981-1982. Dziś "odcinamy kupony" naszej inwestycji. Śledzę losy absolwentów i gdy widzę Ich twarze, czytam i słyszę o Nich, odczuwam zadowolenie, a nawet nieskromnie mówiąc dumę, że jest w tym cząstka naszej pracy, że nasze "chciejstwo" dało tak piękne rezultaty. Okazuje się, że Wiesław to poważny redaktor, Jurek genialny aktor, a jego imiennik to światowej sławy transplantolog, Basia to wykładowca zagranicznych uczelni. To tylko kilka przykładów. Podczas wizyt w szkole z przyjemnością odnotowuje, że wśród grona "Wyspiańskiego" są liczni jego absolwenci, kontynuują nasze dzieło. Oby Im się powiodło tak jak nam."'


 Wspomnienia Czesława Pilnickiego

"Jak trafiłem do szkoły przy ulicy Międzyborskiej"?
  Po ukończeniu studiów w czerwcu 1956 roku rozpocząłem pracę w Ministerstwie Handlu Zagranicznego. Jednakże praca biurowa w towarzystwie starszych pan (miałem wówczas 23 lata) zdecydowanie nie odpowiadała mi. Już przed rozpoczęciem roku szkolnego 1956/57 spotkałem moją koleżankę ze studiów, która pracowała w szkole przy ul. Międzyborskiej, ale od początku nowego roku szkolnego przechodziła na urlop macierzyński. Szkoła od zaraz potrzebowała nowego nauczyciela. W ten sposób rozpocząłem swoją długoletnia prace w szkole, która początkowo nazywała się TDP XX, potem Szkoła Podstawowa i Liceum Ogólnokształcące nr 47. Na początku lat 60 - tych nastąpił rozdział klas podstawowych od licealnych, a liceum otrzymało imię Stanisława Wyspiańskiego.
W roku 1969 zacząłem prowadzić Kronikę szkoły.[...] dawne generacje pamiętają mnie jako "Bonjourek" ze względu na wykładany przedmiot. Od początku lat 60 - tych uczyłem dwu języków: francuskiego i angielskiego. Kiedy miałem już swoich następców i gdy nastąpił o ogromne zapotrzebowanie na język angielski, zostałem już tylko przy tym języku.

 


 Wspomnienia prof. Aliny Sawickiej

Odpowiedź na egzaminie wstępnym, odpowiedź z ławki w klasie, rozmowa o wypracowaniu przy stoliku nauczycielskim albo przy oknie na korytarzu, bo właśnie jest ten najgorszy dzień nauczycielskiego tygodnia – dyżur podczas przerw, odpowiedź na maturze lub to co wspominam najmilej poufna na razie informacja, że praca maturalna na piątkę, że nie zdajesz ustnej (informacja wbrew regulaminowi, ale minęło już co najmniej 4 lata, a niekiedy 30 – 30, więc rzecz przedawniona, mogę się przyznać), rozmowa o bliskim egzaminie na studia, a potem opowieści o pierwszych studenckich doświadczeniach.
I tak się zwiążesz z przeszłością i losem.
Że przetrwasz chwilę, jak echo za głosem.
Echo minęło. Cóż zostanie?

             Antoni Słonimski, Exegi monumentum
       Dwa pudła, kolorowe teczki, a w nich listy, pocztówki, zaproszenia na śluby, zdjęcia te pozowane w hierarchicznym układzie (Pani wychowawczyni i pan profesor, proszę w środku!) i te z codzienności klasowej, z wycieczek, z prywatnych spotkań, potem zdjęcia nawet zdjęcie kota przy amerykańskim komputerze, kiedy komputer był u nas czymś niezwykłym. Maskotka miś koala, przywieziony Z Australii, i książki Miłosza w charakterystycznej okładce „Kultury". Jakoś przemycony na lotnisku, i książki francuskie, przysyłane dzisiaj pocztą prioritaire, i albumy z dedykacjami, listą podpisów, nieraz żartobliwym rysunkiem, i książki: tomik poezji, esej historyczny, esej o melancholii, praca doktorska o reklamie podręczniki opublikowane przez cenionych dzisiaj autorów, których ja wciąż widzę jako tych sprzed lat w trzeciej środkowego rzędu albo w przedostatniej ławce pod oknem, albo w perspektywie szkolnego korytarza.
        Zostają więc rzeczy, ale zostają i wspomnienia. Kiedy teraz przed 50-leciem szkoły mam je uporządkować, jak porządkuję pamiątki w pudłach i książki na półkach, uświadamiam sobie, że największą satysfakcję pracy nauczycielskiej znajdowałam w tym, że towarzyszyłam dorastaniu, dojrzewaniu emocjonalnemu i intelektualnemu moich uczniów. Mam nadzieję, że niektórym w tym pomogłam. 15-latki z klasy I, spisujące teksty piosenek zespołów młodzieżowych i wklejające podobizny uwielbianych wykonawców do specjalnie prowadzonych zeszytów, po trzech latach stały się wrażliwymi czytelniczkami poezji Norwida. Nieprzekonane moją uwagą, że to poeta mało znany i przez niewielu tylko czytany, przeprowadziły wśród przechodniów koło domów Centrum wywiady z przenośnym magnetofonem (wówczas najnowsze osiągnięcie techniki, w szkole nie mieliśmy jeszcze czegoś takiego). Potem była w klasie ciekawa dyskusja, prowadząca ku zrozumieniu, czym jest kultura masowa, a czym wysoka. Uczeń, który przez trzy lata wydawałoby się z tych poprzestających na przeciętnej ocenie: 3, czasem 4-, nagle ujawnia wnikliwe zrozumienie mechanizmu przewrotów społecznych i ich okrucieństwa w wypracowaniu o Nie-Boskiej komedii i filmie Danton. Potem będzie już partnerem ciekawych dysput na lekcjach, znakomicie zda maturę. Niekiedy od razu w klasie I pojawią się sformułowania w wypracowaniu, wypowiedź o utworze, które odsłaniają wrażliwą osobowość i dar słowa w nieodróżnianej jeszcze trzydziestce 15-latków. Minęło 29 lat, a ja pamiętam końcowy wniosek wypracowania klasowego o noweli Naszyjnik Maupassanta: „Tak to rzeczy panują nad ludźmi”. Autorka tych słów będzie potem należała do tych uczniów, którzy aż do klasy IV będą mnie zmuszali do sprostania ich oczekiwaniom humanistycznym. To był wspaniały zespół uczniowski! Nie napiszę jednak, który. Skrzywdziłabym innych. Uczyłam w kilku takich klasach, gdzie praca stawała się intelektualną przygodą, stanowiła wyzwanie, a często pozostawiała też wzruszenia.
        Czy to było raz, czy kilka razy, gdy na początku roku szkolnego grupa uczniów przypominała: „Przecież miało być kółko polonistyczne?” Więc spotykaliśmy się na zajęciach kółka, w którymś roku nawet w sobotnie przedpołudnia, a przeważnie po lekcjach. I zawsze większość uczestników czytała z wolnej woli książki wspólnie wybrane. Pamiętam z końca lat 60. dyskusję o Zbrodni i karze (Kto by wtedy przypuszczał, że wejdzie do lektur szkolnych?), Lochach Watykanu i Obcym. Z problemu zbrodni bez motywacji, o charakterze acte gratuit, wysnuwał się wtedy problem granic wolności indywidualnej i w innym kierunku problem kary śmierci, a stąd nowe lektury czy tylko informacje o książkach wtedy w polskich przekładach niedostępnych, jak L'Homme revolte Camusa. Czytaliśmy na tych spotkaniach nowe wiersze i często, kiedy biorę z półki tomik Herberta czy Grochowiaka, zakreślenia w spisie rzeczy, notatka na marginesie przywołują atmosferę późnego popołudnia w prawie pustej szkole, gdy pochylaliśmy się wspólnie nad tym wierszem. Jego incipit to moja Proustowska fraza sonaty Vinteuila.
        Niejeden raz w rozmowie z kimś nowo poznanym czy w jakiejś sytuacji urzędowej mówię: „Ponad 40 lat uczyłam w szkole”. A właściwie powinnam powiedzieć: „uczyłam i uczyłam się w szkole”. Bo naprawdę dużo nauczyłam się od moich koleżanek, kolegów i od moich uczniów.
        Pierwszy rok pracuję w szkole, wtedy jeszcze XX Szkole Podstawowej i Liceum TPD. Pani Maria Więckowska (teraz Malcowa) pomaga mi swoimi radami i godzi się zaprosić mnie na lekcję, Marysiu, pamiętasz? Było to w klasie IX, o Krótkiej rozprawie Reja. Notuję skrupulatnie ogniwa lekcji, sformułowanie pytań i myślę: „kiedy ja tak będę umiała prowadzić zajęcia?” Przeżywam w napięciu hospitację ówczesnej wicedyrektor, pani Wandy Wrzesińskiej, i staram się prowadzić lekcje zgodnie z jej wskazówkami. A kiedyś nareszcie usłyszę pierwszą pochwałę: „Pani lekcja mnie zainteresowała, może to właśnie trzeba podkreślać w omówieniu utworu.” Po 45 latach pamiętam, że tematem była IV część Dziadów. Pan Tadeusz Żytkiewicz i pan Grzegorz Stępiński przychodzą na lekcje o Starej baśni (tak, tak w latach 50. I 60. powieści J. I. Kraszewskiego były obowiązkową lekturą). Potem zastanawiamy się. jak łączyć w omówieniu treści literackie i historyczne dotyczące dziejów prasłowiańszczyzny, żeby były atrakcyjne dla uczniów. Niezapomniane pozostaną hospitacje pana dyrektora Szeptyckiego, nasze rozmowy po nich.
        Znajdowałam zawsze zrozumienie, koleżeńskie uznanie, życzliwe rady. Często przewijała się w tych rozmowach nasza wspólna troska o przyszłość uczniów, gdy wejdą już w dorosłe życie. Czy to było na początku 1971 czy 1982 roku? Po grudniu 1970 czy po grudniu 1981? Tego nie pamiętam, ale pamiętam temat hospitowanej przez dyrektora Szeptyckiego lekcji o bohaterze Granicy: „Jak dawny ideowiec dochodzi do zgody na policyjny terror wobec robotników. Czy można to usprawiedliwić?” I poczucie wspólnoty poglądów: moich, uczniów i przysłuchującego się z ostatniej ławki kierownika szkoły. To było jak w teatrze, kiedy widzów i aktorów łączy trudna do zde?niowania więź przekonań i emocji.
        Zaczynają pracę w szkole młodzi poloniści. Ela Świderska zaprasza nas na efektowna, niezwykle ciekawą lekcję „Sąd nad panią Dulską”. To wówczas nowatorska propozycja, trzeba się nauczyć i tak prowadzić zajęcia. W rozmowach, w dyskusjach po lekcjach i na przyjacielskich spotkaniach z Irką Goszko, z Jolą Stępień, z Małgosią Serwatką wciąż wracamy do spraw szkolnych. Jak zinterpretowałaś ten utwór? Jakie zadać wypracowanie? I to był, i pozostanie najlepszy sposób na to, co w oficjalnym, w moim odczuciu odstręczającym, biurokratycznym języku, nazywa się „doskonaleniem zawodowym”. Od najmłodszych koleżanek, Małgosi i Sylwii Urbaniak, uczyłam się już w ostatnich latach mojej pracy w szkole sprawności w wykorzystywaniu magnetowidu. Wzywałam którąś z nich na pomoc, gdy nie umiałam poradzić sobie ze zmianą kasety czy wyszukaniem nagrania.
        Mogłabym i w takim porządku ująć moje wspomnienie z czterdziestu kilku lat: od adapteru Bambino i rzutnika Krokus (nazywał się kwiatowo, chyba właśnie tak) do magnetowidu i Internetu. Adapter, we wczesnych latach 60. nowość techniczna w szkole, zaciął się na pokazowej „nowoczesnej” lekcji i dalszy ciąg był już całkiem nienowoczesny z głośną lekturą fragmentów Pana Tadeusza. Czarno-biały telewizor stanowił przez kilka lat rewelację w pracowni polonistycznej, a programy dla szkół (do dni i godzin ich nadawania trzeba było dostosowywać plan) miały naprawdę dobry poziom. Przypominam sobie kilka oglądanych z uczniami spektakli, które wywołały żywe dyskusje i bardzo nas poruszyły, jak na przełomie lat 60. i 70. Świadkowie albo nasza mała stabilizacja Tadeusza Różewicza, a nieco później Karol Sławomira Mrożka. Nie tylko zapoznawały z nowatorskimi wtedy formami dramatu, ale i współbrzmiały z niepokojami moralnymi i politycznymi tamtych czasów.
        Najdłużej służył magnetowid Grundig. Powędrował do magazynu rzeczy niepotrzebnych dopiero wtedy, kiedy uczeń, poproszony o znalezienie wiersza w połowie szpuli, oznajmił z dezaprobatą: „Ja nie wiem, jak się czymś takim posługiwać”. Przedtem jednak w pierwszej połowie lat 80. często wykorzystywaliśmy magnetofon, także po to, żeby słuchać zakazanych piosenek stanu wojennego. Uczniowie przynosili nagrania Jacka Kaczmarskiego. Przemysława Gintrowskiego. Wierzyliśmy wtedy wszyscy, że „Mury runą..”. A dyrektor Szeptycki, przechodząc korytarzem, udawał, że nie słyszy, czym zajmujemy się na lekcjach.
        Od uczniów uczyłam się stale i na pewno nauczyłam się więcej niż na uniwersyteckich zajęciach. Pytania o utwory, których nie znałam, zmuszały do ich przeczytania i przemyślenia, pytanie o jakieś niezrozumiałe sformułowania do szukania wyjaśnień, niechętne reakcje na oryginalny, moim zdaniem, pomysł metodyczny do zmiany sposobu prowadzenia lekcji. To uczniowie w pierwszej połowie lat 70. zwrócili uwagę na twórczość poetów Nowej Fali (zdarzało się , że wiersze przez nieuwagę cenzora pojawiały się w czasopismach), a ja musiałam uczyć się interpretowania tych utworów, wówczas nieobrosłych jeszcze w teoretycznoliterackie komentarze. Inni, wielbiciele twórczości Rafała Wojaczka, przygotowali w podziemnym pomieszczeniu szkoły poświecony mu program poetycki, a ja choć nie podzielałam ich fascynacji, musiała wczytać się w wiersze tego poety wyklętego i omówić je na lekcji. Na zajęciach fakultatywnych często padały pytania o filozoficzne inspiracje w literaturze. „Dowód siódmy” w Mistrzu i Małgorzacie? No tak, wiadomo: pięć dowodów Tomasza z Akwinu, szósty dowód Kanta. Ale jakie były dokładnie, to musiałam sobie przypomnieć z historii filozofii i nauczyłam się zwracać większą uwagę na motywy filozoficzne w utworach, które mieliśmy omawiać.
        Z kilkoma zespołami moich wychowanków łączyła mnie fascynacja teatrem. Jak jednak zareagować, kiedy w klasie brakuje uczniów, mimo że ma być właśnie klasówka z matematyki czy z chemii, a w czasie przerwy dzwonią, że stoją właśnie w kolejce po bilety dla całej klasy do Teatru Powszechnego (sprzedają tylko po 6. zbiorowych zamówić nie można)? Uwierzyłam, że powodują nimi zamiłowania teatralne, a nie niskie uczniowskie motywy, i nieobecność usprawiedliwiłam. Jak poradzić sobie z organizacją lekcji, kiedy uczennica o sprecyzowanych zainteresowaniach prowadzi ze mną dyskusję o nowatorskim spektaklu J. Szajny Dante, ja się w nią wciągam, a równocześnie wyczuwam, że duża część klasy jest już tym znudzona? Nie podzielałam (choć może nie należy się do tego przyznawać) sportowych zainteresowań wielu uczniów. Musiałam jednak nauczyć się prowadzenia lekcji w specyficznej sytuacji nieprzygotowania i przysypiania męskiej części klasy po transmisji poprzedniego wieczoru ważnego meczu, a na którejś wycieczce musiałam zgodzić się na przyspieszone oglądanie zbiorów muzealnych, żebyśmy zdążyli na transmisję do schroniska.
        Każdy miesiąc, a może i tydzień czy nawet dzień pracy nauczyciela przynosi takie wyzwania. Uczyłam się więc także umiejętności kontaktów z młodymi ludźmi, sztuki reagowania na różne sytuacje, konieczności pracy i z całym zespołem, i z tymi uzdolnionymi, o nieprzeciętnej osobowości humanistycznej, poszanowania godności oraz zainteresowań innych i obrony godności własnej od pierwszego dnia pracy, kiedy oszołomiona i przerażona 24-latka, stanęłam przed klasą, do ostatniego roku, kiedy 68-letnia, prowadziłam końcowe lekcje w klasie IV. Czy nauczyłam się tego, ile popełniłam błędów w nieustającej psychodramie, jaką jest praca nauczyciela, czy nie bywałam w jakichś sytuacjach nadmiernie wymagająca i nieufna, a w innych zbyt pobłażliwa i łatwowierna, czy nie stawałam się niekiedy nudnym Bladaczką w kobiecym wydaniu albo Bladaczką a rebours (gdy do przesady zachęcałam do zachwycania się wszystkim, co nowe w literaturze i kulturze), na to mogą odpowiedzieć moi uczniowie. Nie wymieniam w tym wspomnieniowym zarysie ich imion i nazwisk, nie podaję roczników klas. Wymieniając jednych, skrzywdziłabym innych, którzy także mają miejsce w mojej pamięci. W wielu wypadkach rozpoznałabym jeszcze charakter pisma, w rozmowach ze spotkanymi dawnymi uczniami słyszę echo odpowiedzi na lekcji. a to, że mnie poznają, czyjeś pytanie na ulicy, w księgarni, w zakładzie kserograficznym: „ Czy pani profesor Sawicka?”, jest mi zawsze bardzo miłe. Dowiaduję się później o pracy zawodowej, o rodzinie, rysuje się przede mną w skrócie biografia, w którą i ja kiedyś się wpisałam. Cieszy mnie, że ci spotkani ludzie w średnim, a niekiedy więcej niż średnim wieku dobrze wspominają szkołę, lekcje polskiego, kontakty wychowawcze ze mną. Może to próżność, ale uspokajam się, że właściwa tak wielu z nas, którzy chcemy przetrwać chwilę jak echo za głosem…
        Spojrzenie na prawie pół wieku życia skłania do uogólniającej refleksji. I będzie to refleksja optymistyczna, nie dlatego, że wypowiedź ma mieć charakter konwencjonalnie rocznicowy. Pracowałam tylko w jednej szkole i nigdy nie chciałam przenieść się do innej, znalazłam w niej swoje miejsce wśród ludzi. Od moich kolegów, a obejmuję tym mianem także moich zwierzchników dyrektorów i wicedyrektorów szkoły w ciągu 44 lat, od moich uczniów, od ich rodziców, z którymi współpracowałam jako wychowawczyni, doznałam wiele dobrego. Wszystkim im zawdzięczam, że mogę z przekonaniem za Josephem Conradem Korzeniowskim, którego etykę wyznaję, powtórzyć: „Kiedy się dobrze zrozumie, że człowiek sam przez się jest niczym i że wart jest ani mniej, ani więcej tylko tyle, ile warta jest jego praca, uczciwie wykonywana w uczciwym celu i ściśle w granicach obowiązków społecznych dopiero wówczas taje się panem własnego sumienia i ma się prawo do miana człowieka”.
I wszystkim za to gorąco dziękuję.

Wspomnienie prof. Aliny Sawickiej z okazji 50-lecia szkoły

Dziennik elektroniczny

Plan lekcji

Kalendarium

Logowanie