***

Dnia 9 listopada 2013 odeszła w jasności promieniste profesor Alina Sawicka, nauczycielka języka polskiego.Przez czterdzieści cztery lata nauczyła miłości do literatury niezliczone rzesze uczniów naszego liceum, była naszym mentorem, autorytetem moralnym i przyjaciółką...
Uroczystości pogrzebowe odbyły się 18. 11. 2013r. na Cmentarzu Komunalnym Północnym.

 


 Wspomnienie o profesor Ali Sawickiej
Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;
Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,
A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,
Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.


        Są takie momenty, kiedy słowa znane bardzo dobrze, a nawet zbanalizowane wielokrotnym powtarzaniem, nabierają wyrazistości i zaskakującego sensu, kiedy odnoszą się do naszej sytuacji osobistej.
         Mickiewiczowskie wersy o nieprzystawalności słowa do myśli, nabrały dla mnie nowego znaczenia, gdy stanęłam przed zadaniem, aby napisać pożegnanie osoby niezwykłej, a jednocześnie bardzo zwyczajnej. Każdy bowiem epitet, każde sformułowanie, każda figura poetycka wydaje się nie przystawać do fenomenu, jakim była profesor Alina Sawicka, dla wielu osób po prostu Ala, choć pozostała dla mnie do końca swojego życia profesorem (nie znosiła feministycznych form zakończanych na -ka) wspaniałej sztuki życia, której porządkiem jest także cierpienie i śmierć.
        Przez 44 lata była związana z grochowskim liceum im. Stanisława Wyspiańskiego, a mogłaby uczyć w znacznie lepszych warszawskich szkołach, a pozostała wierna tej dzielnicy do końca, choć mieszkała w Śródmieściu, była naturalizowaną grochowianką, wychowała bowiem niezliczone rzesze pokoleń grochowskiej młodzieży, ucząc ich jeśli nie miłości do literatury, to przynajmniej cierpliwości do tekstu literackiego. O tym, jakim była nauczycielem, wychowawcą, pewnie lepiej by opowiedzieli jej absolwenci, ja nie miałam tego szczęścia, ale jako dziecko Grochowa wiem doskonale od jej uczniów, a kolegów z mojego rocznika, że darzyli ją wielkim szacunkiem za erudycję, autentyczność, pasję w próbach oswojenia ich - barbarzyńców w ogrodzie sztuk. I choć czasami podkpiwali sobie z jej zmagań ze zmieniającym się technologicznie sprzętem (Słynny okrzyk przy płycie z Bema pamięci żałobnym rapsodzie, odtwarzanej z gramofonu Artur „Prosimy pani profesor o więcej basów”), to nikt nie mógł pozostać obojętny wobec Jej pasji uczenia. Można wyrzekać na młode pokolenia uczniów, ale oni zawsze wyczuwają, któremu nauczycielowi naprawdę na nich zależy. Ali zależało... Nie tylko była natural born taecher, ona była mistrzem Yodą wszystkich nauczycieli, nie tylko polonistów. Dla niej Jej zawód nie tylko pasja, ale sposób na życie.

        Poznałam ją w roku 1986, była moim opiekunem praktyk, już wtedy wiedziałam, że spotkałam kogoś niezwykłego, wyczuwało się w Niej otwartość na drugiego człowieka, Jej zaangażowanie, które powodowało poczucie, że się jest dla Niej najważniejszym.
        Kiedy w 1990 roku dzięki szczęśliwemu przypadkowi (jestem wdzięczna Mamo, że wymusiłaś na mnie zgłoszenie się do pracy Wyspianie) zostałyśmy koleżankami z pokoju nauczycielskiego, wiedziałam, że teraz naprawdę dostałam się na Uniwersytet. A moim mentorem została profesor Alina Sawicka, to ona nauczyła mnie, żeby doszukiwać się w pracach uczniów zalet. Zasłynęła wybronieniem niezbyt udanej matury wybitnego matematyka napisaną recenzję: Abiturient wprawdzie ma problemy z odczytaniem podstawowych sensów wiersza Asnyka, ale rozumie znaczenia słowa epigon, dlatego pracę możemy uznać za jeszcze dopuszczającą. Zawsze zachowywała niezbędny w tej pracy dystans i ogromne poczucie humoru, nigdy nie rezygnując z rzetelności i uczciwości.

        Imponowała nam, kolegom z pokoju nauczycielskiego, odwagą cywilną i spójnością poglądów ze swoimi zachowaniami, zawsze wierna postawie wyprostowanej. Nigdy nie była koniunkturalna. Niczego się nie bała.

        Kochała Paryż, malarstwo impresjonistów, byłą zagorzałą frankofilką, wybaczyłam Jej nawet kult Napoleona, a nade wszystko umiłowała książki, te papierowe, pachnące kurzem i pleśnią. Niejednokrotnie próbowała powstrzymać moje książkowe zakupoholictwo, ale sama jemu ulegała, za zaszczyt poczytuję sobie, że mogłam wnieść w bagażu podręcznym z miną pokerzysty na pokład samolotu Jej 15 kilogramów książek o Paryżu.

        Jednocześnie była otwarta na wszelakie nowości, świetnie posługiwała się komputerem, posiadła znakomicie Foto shopa (znacznie lepiej ode mnie), imponując umiejętnością anihilowanie ze zdjęć niepożądanych elementów. Była otwarta na nowe technologie, a także na najlepsze wartości kultury masowej. Pod koniec życia pokochała seriale BBC, szczególnie te, które były adaptacjami prozy Karola Dickensa i Elisabeth Gaskell, a także powiększyła grono fanów kryminałów o komisarzu Montalbano, albowiem w każdej dziedzinie sztuki miała nieskazitelny gust. Posługiwała się telefonem komórkowym, uległa też niepohamowanej pasji wyszukiwania informacji w Internecie.

        Pasjonowała się turystyką literacko - kulturową, kochała muzea literackie, poszukiwania grobów pisarzy i ślady ich postaci. Mówiła o sobie, że jest dzieckiem kultury, a nie natury, dlatego, żeby namówić na rejs na wyspę Belle Ile en Mer użyłam podstępu w postaci informacji, że wielokrotnie malował jej wybrzeże Claude Manet, zostałam za to wynagrodzona widokiem Ali z rozwianym włosem w pejzażu bretońskim na tle spienionego oceanu. Zarażała swoją pasją do kultury nie tylko polonistów, ale także wraży obóz matematyczno-fizyczny….

Dodam także, że kochała psy, zwłaszcza sukę Smugę, charta podlaskiego, ale nie pozostawała obojętną na wdzięki opozycyjnego obozu tj kotów. Koty odwdzięczały się Jej sympatią, albowiem to istoty, które zawsze rozpoznają dobrego człowieka i erudytę. Nie bała się śmierci. Chciała we właściwym sobie czasie:
Unieść się ponad ciało
które niczego tak dobrze nie umie,
jak ograniczać
i stwarzać trudności

Na koniec pozwolę sobie na prywatę:
        Kochana Alu, byłaś moim poradnikiem pozytywnego myślenia, jednoosobową grupą wsparcia niezrozumianych neurotyków, moim hetmanem w walce ze srogimi ciemnościami, panem Cogito, u którego szukałam rady.
        Dziękuję, że nauczyłaś mnie nosić notes, w którym można notować uwagi nie tylko o obrazach.
        Dziękuję za to, że podobnie i jak ja mazałaś po książkach w czasie lektury, (rzecz jasna po własnych), ale także moich, a Twoje zapiski będą znaczącą pamiątką Twej obecności. Dziękuję za naszą rokokową korespondencję – listy pisane na papierze dla ich bezinteresownego uroku. I za wiele innych spraw, o których mogłabym mówić długo….

        Dzięki Tobie ja i inni Twoi wychowankowie powtarzać będziemy stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy i jak Ty będziemy wierni Conradowskiej etyce, którą wyznawałaś:
Kiedy się dobrze zrozumie, że człowiek sam przez się jest niczym i że wart jest ani mniej, ani więcej tylko tyle, ile warta jest jego praca, uczciwie wykonywana w uczciwym celu i ściśle w granicach obowiązków społecznych, dopiero wówczas staje się panem własnego sumienia i ma się prawo do miana człowieka.
        A zatem żegnam Cię tą obietnicą, że dopóki krew obraca w piersi naszą ciemną gwiazdę, będziemy o tym pamiętać.

 

uwiedziona
na zawsze i bez wybaczenia
Małgosia

Warszawa 17/18 listopada 2013 roku


WSPOMNIENIE (1932-2013)

    Od kiedy odeszłaś 9 listopada ubiegłego roku, zastanawiam się, jak mam Ci podziękować. Robiłam to często, od lat, rozmawiając z Tobą i pisząc do Ciebie. Byłaś nauczycielem najważniejszym w moim życiu, moją - i naszą - ukochaną Panią Profesor. Miałam wielkie szczęście znaleźć się w Twojej klasie humanistycznej XLVII Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Wyspiańskiego w Warszawie i spędzić z Tobą cztery cudowne lata.

    Jak wyrazić uczucia, których wymaga Twoja obecna nieobecność? To, co ostateczne, potrzebuje słów doskonałych, a takich nie ma. A więc postaram się przekazać choć trochę z tych niezapomnianych godzin, które nam ofiarowałaś. Tak, ofiarowałaś. Bo dopiero kiedy sama zostałam profesorem literatury w szkole średniej, pojęłam, jak wiele trzeba z siebie dać na każdej prawie lekcji. A Twoje były zawsze lekcjami życia, myślenia i uczuć.

    Wystarczy mi moment skupienia, a powraca to wszystko, czym nas obdarowywałaś...

    Najpierw, zaraz po wejściu do klasy, Twoja elegancja, trochę nawet onieśmielająca. A potem Twój spokojny głos, pewny i pełny, przyciągający natychmiast uwagę. Twój powściągliwy humor, trafny, choć dyskretny. Twoja wiedza i inteligencja, przemawiające również do wyobraźni, budzące podziw i szacunek wszystkich uczniów, niezależnie od zainteresowań. Twoje subtelne i porywające, a jednocześnie jasne i przejrzyste analizy tekstów literackich i języka, o którego znajomość i czystość walczyłaś przez całe życie, świadoma, że jest on jedynym gwarantem przekazywania rzeczy najważniejszych i porozumienia między ludźmi.

    Twoje ukryte, ale wyczuwalne wzruszenia podczas niektórych lektur. A zwłaszcza jednej: "Do ***, Na Alpach w Splügen, 1829" Mickiewicza. Przy ostatnim wersie załamał Ci się głos, chyba ten jeden jedyny raz w naszej klasie, i poczułam, jak bardzo jesteś kobietą i jak bardzo musisz umieć kochać.

    Twoje nieustanne pragnienie dzielenia się tym, co uważałaś za piękne. To Tobie zawdzięczam największą poetycką miłość mojego życia, Stanisława Grochowiaka. Bo zaprosiłaś kiedyś do nas Olgierda Łukaszewicza, który podobnie jak Ty cenił jego właśnie, i Jerzego Harasymowicza, i tak pięknie potrafił ich czytać. Nigdy nie zapomnę potoku światłocienia, który porwał mnie tamtego dnia.

    I jeszcze jednego, bardzo osobistego wrażenia, pojawiającego się chwilami na Twoich lekcjach, jak złota nitka przetykająca codzienność. Miewałam wtedy przeczucie, a raczej niewytłumaczalną pewność, że pisanie stanie się częścią mojego życia.

    Dałaś też wiele tym, którzy Cię nie znali: jako recenzentka podręczników i książek z dziedziny literatury, jako bezcenna jurorka konkursów maturalnych z języka polskiego. I jakby tego wszystkiego nie było jeszcze dosyć, utrzymywałaś kontakt z tymi z nas, którzy tego również pragnęli.

    Minęło kilka lat, zamieszkałam we Francji. Wtedy to, z biegiem czasu, nasze więzy zaczęły się zacieśniać i pogłębiać. Aż w końcu zdałam sobie sprawę, że obdarzyłaś mnie także swoją przyjaźnią. Nie umiałam Ci nawet wyrazić, jak byłam tym zaszczycona, w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa.

   Nigdy nie wątpiłam, że potrafiłabyś znaleźć odpowiedź na każde pytanie z dziedziny języka czy literatury. Od czasów liceum byłaś dla mnie, i zostałaś, prawdziwym autorytetem intelektualnym i osobą godną całkowitego zaufania. Z wiekiem poczułam, że możemy wchodzić w sfery najbardziej intymne. Podczas naszych spotkań w Warszawie i długich rozmów przez telefon mówiłyśmy o wszystkim: o życiu, miłości, cierpieniu, śmierci, Bogu, wieczności, nicości, sztuce, poezji. Wtedy dopiero dowiedziałam się, że jesteś siostrą poety Jarosława Marka Rymkiewicza.

    Kiedy indziej odważyłam się dać Ci do czytania moje własne wiersze. A ponieważ świetnie znałaś francuski, dzieliłam się odtąd z Tobą moim "podwójnym" życiem poetyckim. To, co mi nieraz powiedziałaś, przechowuję jak cenny talizman. Jestem szczęśliwa, że podczas naszego ostatniego spotkania, latem ubiegłego roku, mogłam Ci jeszcze ofiarować mój świeżo wydany tomik polskich wierszy, z których jeden dedykowany jest właśnie Tobie. Dlatego że porusza jedno z pytań, jakie nas łączyły.

   Któregoś dnia poprosiłaś mnie, abyśmy przeszły na "ty". To była niezapomniana chwila, bo mogłam wreszcie powiedzieć Ci po prostu, że Cię kocham. Dlatego kiedy mówię dzisiaj o Tobie, zwracam się również do Ciebie.

    Przechowuję z czułością wszystkie wspomnienia, listy, Twoje nagranie radiowe sprzed wielu lat, piękny wywiad z Tobą w "Wysokich Obcasach". Jesteś w pamięci i w sercach tak wielu ludzi, bliskich i dalekich.

    Zwierzyłaś mi się kiedyś, że chwilami nie jesteś pewna, czy dobrym wyborem była praca nauczycielska. Że czasem bliscy mówią Ci, iż powinnaś była poświęcić się raczej pracy krytycznoliterackiej albo naukowej. Odpowiedziałam Ci wtedy, że zawsze marzyłam, aby chociaż niektórzy z moich uczniów poczuli się czasem tak jak ja na Twoich lekcjach polskiego. Że to trwa i że przekazujemy to dalej. A więc to, co zrobiłaś, jest wieczne.

 BOŻENA ORSZULAK

 

Dziennik elektroniczny

Plan lekcji

Kalendarium

Logowanie